niedziela, 23 listopada 2014

Oszukać doskonałość


17.6.82.302.237  – to tak z grubsza Roger Federer w liczbach i podobno numer telefonu do asystentki Mirki Vavrinec.  Oczywiście jakby się do tego dobrze przyłożyć to można by cały artykuł o najlepszym tenisiście w historii napisać samymi cyframi. Wygrał już wszystko (są tacy, którzy zastanawiają się, po co jeszcze gra, a to głupie pytanie bo wiadomo, że dla kasy z nagród ;) ), jednak ostatnio postanowił powygrywać jeszcze trochę i dzielnie kompletuje przybranie do głównego bukietu. Wielkie szlemy liczą się najbardziej (17), ważne też żeby był przynajmniej jeden z każdego, co Roger skompletował niczym wrozowy uczeń. Dalej z reguły patrzymy na wygrane turnieje kończące sezon czyli tak zwane Mastersy zwane od niedawna YEC, czyli Year-end Championship (6). Później zwracamy jeszcze uwagę wygrane na zawodowe turnieje (82), jeszcze dalej na coś, co mnie osobiście podnieca znacznie mniej - ilość tygodni, jako numer jeden na świecie (302) i tych samych tygodni, tyle, że nieprzerwanie (237). Ale, nie dyskutujmy z rankingiem, jest przynajmniej na podstawie czego rozstawiać w turniejach. Jeśli chodzi o przybranie do bukietu, to w tym roku szwajcarski mistrz zapragnął olimpijskiego złota i jak postanowił tak zrobił. Jednak dopiero w ostatnim tygodniu dokonał moim zdaniem jednego z najgrubszych wpisów w do historii białego sportu.

Jeszcze 8 dni temu, w niedzielny wieczór 16 listopada 2014, oglądaliśmy Federera, który w sweterku nie meczowym jak go z resztą sam ładnie określił, z mikrofonem w dłoni i z uniesioną na oścież przyłbicą, przepraszającego londyńską publiczność za odwołanie zawodów, których miał być głównym aktorem. Choćby dolegliwość, która wykluczyła go wówczas z gry była nawet ledwo widoczna pod mikroskopem, decyzja ta nie mogła być trudna. Co w jego dorobku zmieniłaby zmiana 6 na 7 w ilości Mastersów czy tam jeden więcej sezon zakończony, jako numer 1? Guzik. A Puchar Davisa?

Właśnie! Puchar Davisa. Sport ten sam, prawda, ale zawody kompletnie inne. Doskonale rozumiem Rogera, który wiadomo, mistrzem innej dyscypliny już nie zostanie, nie poczuje smaku zwycięstwa w finale NBA, ale dla sportowca całą karierę grającego dla publiczności klaszczącej w obie strony, Puchar Davisa na pewno jest bardziej sexi niż Masters. A w sytuacji gdy kroiło się grube granie przed 23-tysięczną publicznością na Stade Pierre-Mauroy w Lille -  „jakiś tam Marsters”. Trzeba otwarcie powiedzieć – po kreczu 16 listopada, w weekend 21-23 listopada 2014 Federer nie wymiękł, pokazał mistrzostwo w jedynych, stuprocentowo szowinistycznych zawodach w tenisowych na najwyższym poziomie. Tutaj naprawdę jest jak w każdym innym sporcie. Nie ma kibicowania ładnym zagraniom, dobrej grze i zmieniania pupila kilka razy na mecz (jak ładny to niech dłużej trwa). Puchar Davisa ma twarde reguły, – gdy pół rozpalonej hali się cieszy, druga połowa grobowo milczy. Presja po porażce z nakręconym przez własną widownię Gealem Mofilsem raczej nie ułatwiała sprawy przed deblem. Można było wątpić czy Roger nie rozsypie się jakby grał finał Roland Garros przeciwko Nadalowi. Ale sobotni team spirit z Wawrinką i dzisiejsze wpisanie się do historii genialnym stop-volleyem z boczną rotacją. Palce lizać na znienawidzonym przez Federera clayu.


Pewnie wygląda na to, że szwajcarskiego mistrza od zawsze uwielbiam. Na pytanie o lubię/nie lubię Federera, po krótkim zawahaniu klikam like. Ale dopiero od kilku lat. Nasze początki były trudne, nie wiem jak Roger odbierał mnie ;), ale ja go nie znosiłem. Wydawał mi się utalentowanym dziwolągiem, bez serca do walki. Przynajmniej bez takiego, jakiego oczekiwałem wówczas od tenisisty. Wydawało mi się, że facetowi zwyczajnie nie zależy. Podważałem szczerość gestu turlania się po ziemi po wygrywanych spacerkiem wielkich szlemach w latach absolutnej supremacji. Błąd, temu facetowi zależy i zależało, teraz po prostu widać to znacznie wyraźniej. Pewnie i on sam bardziej docenia zwycięstwa, gdy nie są już ona tak oczywiste. Zaskoczył mnie łzami po porażce w finale Australian Open 2009, zrobił to wczoraj, pokazując trzystuprocentowe zaangażowanie w grę podwójną i ten niesamowity teamwork ze nie gorszym tego dnia Wawrinką. Nie zgadzam się,że ten tytuł nie był mu do niczego potrzebny, jak stwierdził w pierwszym wywiadzie po wygranej, Na tej zasadzie, te 17 wielkich szlemów jest równie zbędne, bez też by żył i pewnie miałby się dobrze...

Doskonałość na korcie poparta doskonałością w dokonywaniu wyborów. Pomyśli niejeden, że sprytnie się ten cwaniak Federer wślizguje na kolejne karty historii tenisa. Jeśli ktoś ma ochotę tak na to patrzeć, to warto też, aby udowodnił, że pamiętanie o wypraniu frotek (lub zatrudnieniu kogoś, kto ma pamiętać), trwałe zawiązywanie sznurówek i dobór turniejów (patrz Wojciech Fibak) nie są częścią tej gry. Mecz nie zaczyna się w chwili wykonania pierwszego serwisu, a rozgrywki tenisowe to nie tylko te zawody, za które najlepiej płacą.

Federer team ma teraz nowy challange – musi wymyślić jakieś nowe zawody i to szybko, póki Roger wciąż jest w stanie je wygrać. Chyba, że na przykład dojdzie do wniosku, że brakuje mu na swoim koncie na przykład brązu olimpijskiego, jak komplet to komplet. A już serio, serio, to skoro potrafili osiągnąć doskonałość to, dlaczego mieliby na tym poprzestać. Cieszmy się póki Roger gra, jak skończy karierę mamy gwarantowane dwa lata nudy, jak po Samprasie.

wtorek, 14 stycznia 2014

64 stracone

Brzmi jak adres przy romantycznej, wąskiej uliczce w malowniczej Toskanii? Pewnie i tak, ale dziś jednak znowu o tenisie chciałem słów kilka. 64 to nic innego jak 128 podzielone przez 2, a 128 wiadomo - drabinka turnieju głównego każdego z Wielkich Szlemów. Drabinka, która w ciągu dwóch tygodni wygeneruje 127 przegranych i jednego tylko zwycięzcę. Poprzedni tydzień, w drugiej kolejności upłynął światu tenisowemu na śledzeniu nadzwyczaj gęsto posianych po antypodach turniejów ATP i WTA, bo w kolejności pierwszej wszyscy zajęci byli typowaniem i prognozowaniem wyników zbliżającego się Australian Open. Zupełnie jakby ktoś wymagał tutaj jasnowidztwa. Ale o jasnowidztwie komentatorów i ekspertów kiedy indziej, obiecuję.

Wśród prognozujących szukałem jednak kogoś, kogokolwiek, pojedynczego choćby głosu, który powiedziałby coś odkrywczego o turnieju pań. Chciałem usłyszeć przynajmniej parę odkrywczych zdań, a nie tylko nudne parafrazy pytania czy to już nie czas aby Serenie Williams powinęła się noga, i jakie to wielkie nieszczęście spotyka te z tenisistek, które trafiają do tej samej połowy drabinki turniejowej co utytułowana Amerykanką. Póki co u pań zasada jest prosta - gdy już "sierotka" skończy demontować kulki z karteczkami w środku, pędzimy szybko do tablicy zatytułowanej "draws" i im niżej jesteśmy, czyli im dalej od Sereny, tym dłużej sobie tego roku pogramy.

Trochę mi to przypomina jałowe nieco lata 2006 i 2007 w męskich rozgrywkach. Epickich pojedynków było dużo, ale jakoś najwięcej ochoty do walki wykazywali gracze ulokowani w turniejowych drabinkach z dala od Rogera Federera. W pojedynku ze Szwajcarem wygranie seta uznawane było wtedy za sukces, tak jak dziś za coś więcej niż blamaż uznaje się wydłużenie meczu ponad te magiczne 15 gemów przeciwko młodszej Williams. Mistrzów trzeba szanować, ale czyż nie marzymy o pojawieniu się Rafaela Nadala w spódnicy - zawodniczki, która wydarłaby dla nas kibiców te znaki zapytania, których w finałowych fazach turnieju brakuje? Pamiętam, że w okresie totalnej dominacji Federera miałem ochotę nosić na rękach każdego z tenisistów, który go pokonał lub miał papiery na zachwianie żelaznej równowagi szwajcarskiego mistrza.

Kobiece rozgrywki były kiedyś super ciekawe, szczególnie w okresie gdy jednocześnie grały siostry Williams, Caprati, Hingis i Davenport. Coś jak obecne,  super-four czy super-five (żeby nie narazić się na gniew fanów Del Potro) w rozgrywkach mężczyzn. U kobiet dziś niestety mamy Azarenkę, która zawsze przegra z Sereną, ale za to wygra z każdą inną, oraz Serenę, z którą większość zawodniczek przegrywa w szatni. 

Gdzieś w głębi serca myślę, że szanse na upragnione wzbogacenie kobiecych rozgrywek mogłaby mieć nasza Agnieszka Radwańska. Byle tylko była w stanie poświęcić jeden sezon na zbudowanie masy i dodaniu sobie mocy, nawet kosztem wyników by ze swoim talentem wspiąć się w końcu na tenisowy szczyt.

sobota, 6 kwietnia 2013

Naginanie rzeczywistości


Nie uznano dzisiaj prawidłowo strzelonej bramki Robertowi Lewandowskiemu w meczu Bundesligi przeciwko Augsburgowi. Na tamten moment chodziło o zdobycie gola w dziesiątym kolejnym meczu rozgrywek. Sędzia odgwizdał spalonego, spod nosa "Lewego" poleciało głośne "o maan" (nie użycie słowa na "k" w tej sytuacji to prawie zdrada narodowa :) ) i mecz potoczył się dalej. Nasz snajper powrócił to gorączkowego poszukiwania kolejnej okazji do wpisania się na listę strzelców. Wychodząc do główki Robert miał nie więcej jak pięć metrów do ostatniego obrońcy, który w momencie podania stal z nim idealnie w jednej linii. W takiej sytuacji sportowcowi nie pozostaje nic innego niż nagiąć w swojej głowie rzeczywistość i to co zapamiętał odnośnie pozycji jaką zajmował, tak aby nie dopuścić do powstania poczucia krzywdy czy innej wpływającej na jakość dalszej gry emocji. Bo jakie to ma znaczenie czy faktycznie byli na równi czy nie i czy w myśl przepisów spalony był czy też nie? Liczy się to, że sędzia uznał, że nie byli, a że spalony był. Dla zdrowia psychicznego chyba lepiej powiedzieć sobie "może faktycznie sekundę za wcześnie wystartowałem" i z luzem psychicznym wrócić do swoich zadań na placu gry. To zachowanie jest z resztą kolejnym dowodem mentalnego mistrzostwa sportowego, jakim od zawsze imponuje mi Robert Lewandowski. W dzisiejszym meczu z Augsburgiem nagrodą było wpisanie się ostatecznie na listę strzelców.


Podczas wczorajszego meczu Polaków w Pucharze Davisa przeciwko RPA w Zielonej Górze zauważyłem niebezpieczną tendencję do przesadnego roztrząsania sytuacji stykowych, rozstrzyganych przeciwko polskim tenisistom. Najpierw Jerzy Janowicz energicznie reklamował stykową piłkę, potem w swoim meczu podobnie zachował się Łukasz Kubot. Dzielnie wtórował im kapitan naszej reprezentacji, Radosław Szymanik. Cholera, w tenisie to jest tak, że piłka spadła, sędzie pokazał swoje, gramy na korcie bez challangu, więc trudno, szkoda, że widzieliśmy inaczej, ale gramy dalej. Profesjonalista wie, że tenis ma tak skonstruowany system liczenia punktów, że jeśli będzie lepszym tenisistą w meczu, to i tak zejdzie z kortu jako zwycięzca. Po drugie, wytrącasz człowieku sędziemu możliwość jakiejkolwiek autokorekty z chwilą, z którą otwierasz usta. Po trzecie strasznie gwiadorzysz, bo kłócić z sędziami z klasą i w sposób zjednujący sympatię publiczności to osobna umiejętność. A tutaj, mówię nadal o sytuacji z Zielonej Góry, po 5 sekundach awantury  i Kubot i Janowicz połowę hali mieli przeciwko sobie. Tym bardziej, że wiadomo, jedni widzieli aut i to wyraźny, a inni piłkę głęboko w korcie`. Czy nie lepiej nagiąć rzeczywistość, wgrać sobie do głowy replaya, na którym piłka ląduje zgodnie ze wskazaniem sędziego i zaoszczędzić energie i koncentrację? 

Oczywiście łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Zawodnik pewny swoich umiejętności i pozbawiony obaw o końcowy wynik, najczęściej się nie kłóci. Trudno nie przywołać tutaj najsłynniejszej tegorocznej awantury w polskim tenisie, a więc zachowania Janowicza podczas tegorocznego Australian Open i słynnego "how many times" (niewtajemniczonych zapraszam tutaj). I akurat w tym przypadku murem stoję za naszym tenisistą. Tak jak piszę wyżej, nie jest żadnym błędem nie kłócić się, ale nie mogliśmy oczekiwać od grającego na dalekim wyjeździe Jerzyka , powściągliwości w tej sytuacji. Bo ma lat 22, a nie 32 i przynajmniej wywołał awanturę w sposób godny zapamiętania. Ciekawe, że krytycznie w odniesieniu do jego zachowania odnosili się tylko ludzie nie mający z tenisem za wiele wspólnego (zapewne dogłębnie oczytani w tabloidach) i Wojciech Fibak....


czwartek, 4 kwietnia 2013

Postać wybitna

Wyjątkowo jak na kibiców sportowych zjednoczeni są fani białego sportu. Piękne jest bowiem to, że jak jeden mąż, kochają (kochamy!!) niespodziewane rozstrzygnięcia i niemal odruchowo kibicujemy słabszym. Gdyby przełożyć to na piłkę nożna, to FC Barcelona nie miałaby ani jednego kibica. Jest jeszcze element zapożyczony z, i tu niespodzianka i to taka prawdziwa, z łyżwiarstwa figurowego. Obowiązuje bowiem coś w rodzaju wkupienia się w serca publiczności. Można jednorazowym strzałem lub systematycznie. Przykładowo, przed Australian Open 2013 raczej mało kto lubił Stanislasa Wawrinkę (historia jego życia osobistego z resztą nigdy mu nie pomagała w zostaniu pupilem kibiców), ale po sensacyjnym występie przeciw Djokovicowi muszę przyznać, że uważniej i z większym sentymentem śledzę jego wyniki. Kiedyś genialną, rozgrywaną w godzinach nocnych pięciosetówką z Carlosem Moya podczas USOPEN, serca publiczności u schyłku swojej kariery podbił Todd Martin. Systematycznie z kolei, swoją nieprzeciętność zaznaczał Tommy Haas, pupil niemieckiej prasy, swego czasu wielka nadzieja niemieckiego tenisa. Postać to wybitna, a przy okazji jego sensacyjnego występu w zakończonym niedawno turnieju w Miami, warto powiedzieć kilka słów o tym, czego dzisiejszym rozgrywkom, moim zdaniem, najbardziej brakuje, a więc właśnie postaci wybitnych.


Nie ma co narzekać na czasy, mamy przecież czterech rywalizujących mistrzów, nigdy wcześniej tak cudownie nie było, wybór tego, który mecz odpalić nigdy nie był tak jasny i oczywisty. Gdy gra któryś z magicznego kwartetu Federer, Nadal, Murray, Djokovic - oglądamy, jeśli nie gra, to idziemy spać, bo szansa na widowisko znikoma, a z resztą nie sensu jakoś specjalnie utożsamiać się innymi grajkami, wszak prędzej czy później, któryś z czołowej czwórki dopadnie naszego wybrańca na poziomie turniejowej ćwiartki.  W niższych partiach rankingu mamy postaci delikatnie mówiąc miałkie, zarówno tenisowo jak i osobowościowo. Dodatkowo, jak się dobrze rozejrzeć, tylko Del Potro z całej pierwszej setki, poza oczywiście magicznych kwartetem, wygrał wielkoszlemowy turniej. A kto pamięta Henmana, Safina, Hewitta, Kuertena, Kafelnikova, Ivanisecica, Ferrero czy choćby właśnie młodego Haasa? A warto podkreślić, że są to tenisiści z jednej epoki, a każdy z nich to w sumie osobna tenisowa legenda, postać wybitna, wnosząca do rozgrywek ten element mocy z drugiej linii. Wielu z nich potrafiło namieszać w pojedynczych turniejach, czyniąc rozgrywki interesującymi na każdym ich etapie. 

W świetle powyższego, tym radośniejsza musiała być dla śledzących turniej w Miami wygrana Haasa z Djokovicem. Ja osobiście przed tym pojedynkiem wyobrażałem sobie Niemca łatającego spóźnienia do dwóch na trzy piłki, czyniącego to przy użyciu  lekko archaicznego stylu, od uchwytu rakiety zaczynając na tempie o jedną epokę wolniejszym kończąc. Wiedziałam, że powalczy (bo to taki zawodnik, który zawsze spróbuje) ale nie sądziłem że się załapie na grę, o zwycięstwie nie wspominając. Analogicznie - na początku kariery Hewitt sromotnie gonił Federera, aż w końcu Szwajcar wzniósł swój tenis dwa poziomy wyżej, by przez następną dekadę przegrać z Australijczykiem tylko raz. Oglądając Haasa, który swoim kompletnie oldschoolowym tenisem zadaje krzywdę Djokovicowi, nie sposób nie zapytać, dlaczego nie czynią tego fizycznie świeżsi choćby Tsonga, Raonic, Tomic czy niezniszczalny Ferrer? To przecież gracze ze ścisłej światowej czołówki, o stylu gry bardziej, a nawet więcej, zupełnie współczesnym. Co stoi zatem na przeszkodzie ich taktyczno-mentalnie przygotowaniu meczu pozwalającemu choćby raz nie położyć się przed mistrzami? Tego właśnie obecnie w rozgrywkach ATP brakuje mi najbardziej. Oporu graczy drugiego formatu, którzy przecież, jakby ich nie nazwać, stanowią, powiedzmy trzydziestu, najlepiej odbijających filcową piłkę facetów na kuli ziemskiej.

Tommy Haas osięgnął w karierze cztery półfinały Wielkiego Szlema, co jak na ponad piętnastoletnią karierę tenisową jest osiągnięciem raczej przeciętnym. Podobnie jest z ilością triumfów w turniejach rangi ATP - liczba 13 nie powala. Ale czy nie jest tak, że patrząc na schedule następnego dnia jakiegokolwiek turnieju, widząc na rozkładzie jazdy mecz Haasa, z punktu uznajemy to za ciekawe wydarzenie? I to bez względu na jego aktualne miejsce w rankingu. Rozgrywkom do życia i atrakcyjności graczy tego typu potrzeba jak tlenu, i w każdych ilościach.


środa, 27 lutego 2013

55 minut dla wytrwałych

Dzisiaj filmowo, na pewno wszystkich tych zagrań nie widzieliście. Pozycja dla wytrwałych :)


Fajnie jak zagranie polskiego tenisisty znajdzie się w takiej kompilacji, jakby nigdy nic (haha, jakbyśmy byli potęgą tenisową, albo od zawsze do światowej elity tenisa należeli). Miłego oglądania. 

wtorek, 26 lutego 2013

Dyscyplina doskonała


Nie wiem jak Was, ale mnie przechodzą ciężkie dreszcze, albo używając słów mojego ulubionego komentatora tenisowego, Karola Stopy, skóra mi cierpnie, gdy słyszę o próbach manipulowania przy przepisach gry w tenisa. Wiadomo, zmiany napędzają postęp, dają poczucie odświeżenia no i od punktu zmiany można mówić o nowej epoce, podkreślać, że coś stało się przed zmianą lub też po niej. Ostatnią dobrą modyfikacją jaką sobie przypominam to likwidacja przerwy po pierwszym gemie i obligatoryjna przerwa po secie bez względu na wynik. To była dobra zmiana, porządkująca organizację gry, z samą rozgrywką nie miała jednak nic wspólnego. Poza tym były tylko projekty zmian, które szczęśliwie lądowały w koszu.

Ostatnia duża rewolucja
to próba uratowania debli. Skracając mecze, próbowano dodać element przypadkowości (w sztuczny miało to zaburzyć przewidywalność rozstrzygnięć) i skrócić rywalizację. Nagłą śmierć testowano między innymi w Mistrzostwach Polski... singlistek. Ktoś, kto nad zmianą srogo się głowił (i najwyraźniej oglądał dużo NHL, tam nagła śmierć sprawdza się doskonale) najwyraźniej nie rozumiał, że nie można mieć w sporcie samych decydujących momentów, i gdyby dać mu wolną rękę pewnie chciałby rozgrywać sety do 4 zamiast do 6 (haha, prawie jak formuła setów od 2:2 znana z rozgrywek amatorów). A przecież bez odpowiedniego podprowadzenia, rozstrzygająca rozgrywka przestaje być ostatecznie emocjonująca. Ja w tym miejscu oczywiście celowo przesadzam i nakreślam trochę skrajności, ale czy konkurs rzutów karnych ma sens bez wcześniejszych, nawet najnudniejszych 90 minut? Z grą podwójną wyszło tak jak każdy widzi, debel wylądował na bocznych kortach, prestiż utrzymały rozgrywki tylko wielkoszlemowe, a więc te, gdzie gra się pełną formułą best-of-three i bez to skracania gemów do maksymalnie 7 piłek, czyli nagłej śmierci przy 40:40. A legendarne mecze deblowe? Mam wrażenie, że ostatnie rozegrano jeszcze w czasach formuły best-of-five, albo w niezawodnym Pucharze Davisa, gdzie daleko szukać nie trzeba. Pamiętacie lutowy pojedynek Szwajcarów z Czechami w Bazylei? Pewnie nie dałby kibicom nawet połowy tych emocji, gdyby rozegrano według uproszczonej formuły. Każdy z nas ma swoje ulubione, legendarne i niepowtarzalne mecze, ale jestem przekonany, że większość z nich rozegrana według innych zasad, nawet w wyobraźni momentalnie blednie.. 

Niedawno powróciła dyskusja na temat netu (http://bit.ly/135F899). Natychmiast przyszło mi do głowy, że pewnie któremuś z bossów telewizyjnych na słupkach w excelu wyszło, że finał US OPEN 2012 nie przyniósł zakładanych zysków, ponieważ był za długi (i zdjął czas antenowy programowi zaplanowanemu zaraz po nim) i pora raz jeszcze przeforsować jakiś "ciekawy" pomysł, w teorii mający zyskać czas. Na pierwszy ogień poszła zamiana zwyczajowych 20 sekund między piłkami na sztywne 25 sekund. Zgodnie z wyliczeniami oszczędza to około 2 minut (słownie: dwa) na przestrzeni pięciosetowego meczu. Oszczędności z likwidacji (błagajmy niebiosa aby tylko potencjalnej) netu są trudniejsze do zmierzenia, ale oszczędność na pewno pewno będzie bliska zeru. Zasada powtarzania podania po zahaczeniu taśmy przez piłkę nie wzięła się i warto to przypominać przy okazji każdej próby jej likwidacji. Sytuacja nie jest jeszcze na tyle poważna by używać słowa zamach, bo na szczęście sami tenisiści sami wiedzą, co dla nich dobre. Potrafią też swojego zawodu skutecznie bronić  co udowodnili już raz w 1999, skutecznie wybijając z głowy władzom światowego tenisa pomysł likwidacji netu. Mam nadzieję, że uczestnicy challengerów testujący w pierwszym kwartale 2013 ten promujący przypadek fragment gry nie pozostawią suchej nitki na pomyśle i kupią nam dekadę spokoju w tej materii. 

Zasady gry w tenisa i system liczenia punktów są bardzo dobrze skonstruowane,  ograniczają element przypadku praktycznie do zera, a szczęśliwe rozstrzygnięcia mają miejsce tylko w przypadku bardzo wyrównanych spotkań, zatem w meczach, w których trudno jednogłośnie wskazać lepszego. W pozostałych przypadkach, ujmując rzecz najprościej, lepszy ma tyle szans na udowodnienie swojej wyższości, że jeśli ich nie wykorzystuje, to znaczy, że jest słabszy. Nie jeden raz podawałem sprawiedliwość rozgrywki jako cechę stanowiącą największą zaletę białego Likwidacja netu to krok oddalający tenis od tego, co przez lata przynosiło mu popularność i stanowiło o wyjątkowości rywalizacji .

Dla kibica sportowego, który akurat umiłował sobie tenis i kopaną (czyli takiego jak moja skromna osoba), brak podążania za duchem gry przez władze tych dyscyplin boli podwójnie. W futbolu, gdzie zmiany są konieczne, natychmiast, tutaj, teraz, aby grę uporządkować, przywrócić na tory uczciwości i męskości, na drodze stoi konserwa i jakaś tam loża starych dziadków w Anglii, która jest ciałem tak abstrakcyjnym, że nawet nie chce mi się nadwyrężać dobroci wujka googla, by precyzyjnie przywołać jej nazwę. W tenisie, gdzie problem w zasadzie nie istnieje, zasady są dobre, uczciwe i pozwalają zawsze wyłaniać lepszego, tak potrzebny konserwatyzm  oddał pole, jak zwykle nieopodatkowanym, niemądrym pomysłom. Oby skończyło się tylko na strachu. 

Ten luz...


Jakiego niesamowitego luzu nabierają ludzie powszechnie uwielbiani. Mi najbardziej w oczy zawsze rzuca się kompletnie zrelaksowana mimika twarzy. Miałem okazję (i szczęście) obserwować Federera na początku jego drogi na tenisowy szczyt (haha, jeszcze wtedy inny bohater tamtych czasów, Lleyton Hewitt często sprawiał mu lanie) i pamiętam go jako człowieka pełnego niepewności, potrafiącego, prawie jak Marat Safin, oddać mecz z przyczyn czysto emocjonalnych, niemal celowo przegrywając piłki, byle by tylko jak najszybciej opuścić kort. Ile to razy w napięciu, z poczuciem niesmaku i zawodu opuszczał kort na początku swojej tenisowej drogi.




Tylko Roger może sobie pozwolić na takie numery

Wszystko zaczęło się na Wimbledonie 2003 - finał wygrany z Markiem
Philippoussisem dał początek ery wielkiego Szwajcara. Od tamtej chwili nie było już wątpliwości - czyste mistrzostwo. Pamiętacie pierwszą poważna eksplozję Małysza w 2001 w Garmisch Partenkirchen? Tego naładowane brakiem wprawy wywiady, w których jedyne co go interesowało by nikt przypadkiem nie próbował ściągnąć mu zgłowy czapeczki z logo jego żywiciela, firmy RedBull. A na koniec kariery jak patrzyłem na wielkiego skoczka z Wisły widziałem twarz człowieka spełnionego, wyluzowanego, takiego, któremu krzywda  stać się nie może. Mam identyczne skojarzenia, gdy patrzę na Rogera i luz jakim potrafi obdarzyć dziennikarzy, kibiców a nawet rywali. Po prostu wielki mistrz.

TENNIS IS A MIND GAME

Wawrinka i Djokovic, Monfils i Simon, medical timeout, Sloane Stephens i to w zasadzie tyle o Australian Open 2013. Relatywnie mało zaciętych spotkań, hegemonia faworytów i jeszcze na to wszystko ten hiszpański troll, David Ferrer, który raz kolejny wysadził z siodła wszystkich ciekawych graczy po swojej stronie drabinki, by ponownie zafiniszować efektownym oddaniem się w meczu z potentatem. Trochę mi w tym turnieju brakowało ciężaru gatunkowego, dramatycznych pojedynków graczy niekoniecznie ze ścisłej czołówki. Nie da się zorganizować legendarnej pięciosetówki na zawołanie, wiadomo, dlatego tym bardziej szkoda, że nie mieliśmy finału na miarę tego sprzed 12 miesięcy.


Okazuje się bowiem, że nie jest bez znaczenia, którzy gladiatorzy z wielkiej czwórki spotykają się w finale lub półfinale, bo widowiska, poziomu i dramaturga nie gwarantuje każdy co do jednego układ par. W niedzielnym finale było widać jak na patelni, że Murray i Djokovic to gracze potrzebujący dodatkowego zapłonu do osiągnięcia tenisowej nadświetlnej. Jeśli po drugiej stronie siatki staje przeciwnik, którego nazwisko samo w sobie jest przy okazji nazwą stylu gry w tenisa, to i owszem. Serb i Szkot to świetni i bardzo solidni partnerzy do takiego tanga, w którym do ostatniego taktu nie będzie znane rozstrzygnięcie. Przeciwko Federerowi, Nadalowi czy choćby Del Porto mecz z gatunku tych epików znad tenisowej przepaści murowany. Pojedynek Nole z Wawrinką, tenisistą ze stylu i psychiki (poniekąd nieodgadnionej) podobnego zupełnie do nikogo, był genialnym widowiskiem, ale to właśnie dlatego, że miał kto w tamtym meczu dorzucać do pieca.

Na tle tej znakomitej dwójki konkurencja wypada oczywiście blado. Ale nie dlatego, że Murray i Djoko porażają elegancją i doskonałością jak Federer, albo energią i nieustępliwością jak Nadal. Ci dwaj to raczej rzemieślnicy, którzy zdystansowali konkurencję warsztatem. Są zwyczajnie lepsi, dokładniejsi i szybsi o to jedno tempo od całej reszty. Oczywiście poza tymi, od których są szybsi o dwa tempa. Mają bowiem panowie forhand, backhand niby mało charakterystyczne, ale jednak z tym dodatkowym zastrzykiem pewności i jakości. To tak jakby wypuścić na tor dwa auta, z których jedno ma trochę lepszy silnik, nieco bardziej zaawansowane opony, ciut lepszą aerodynamikę, a do tego kierowcę z chłodniejszą głową. Wiadomo, że wszystko rozstrzygnie się w dwóch, maksymalnie trzech, jak na wielkiego szlema przystało, zakrętach.

Nie ujmując niczego tym dwóm gościom, którzy już i tak sporo ciekawego dali światowym rozgrywkom, spośród wielkiego kwartetu, broń boże smyczkowego, australijskiemu finałowi trafiła się para najmniej ciekawa. Zderzenie podobnych stylów, określanych jako aktywna defensywa, zawsze pozostanie tym, czym jest połączenie puddingu waniliowego z ... puddingiem waniliowym. Efekt raczej przewidywalny i tym bardziej mało wybuchowy. Finał Australian Open 2013 rozegrał się głowach, co zaskoczeniem nie było. Co zaskakuje, to fakt,  że Murray wydaje się jeszcze nie rozumieć tego, o czym Novak mówi otwarcie, nawet w wywiadach pomeczowych. Cytując, "tennis is a mind game". W ważnych punktach pojedynku widać było bowiem niezwykle wyraźnie, jak obaj gracze skupiają się na kompletnie innych elementach tenisowego sztuki. Szkot koncentrował się na elementach gry, zaś Serb niemal wyłącznie na podtrzymaniu pewności siebie i odpowiedniego nastawienia mentalnego.

Jeden z niezapomnianych przeze mnie przykładów z przeszłości, tym celniejszy, że dotyczący brytyjskiego tenisa, to mecz Tima Henmana z Richardem Krajickiem podczas US OPEN 2000. Tamtego wieczoru na Arthur Ash Stadium gościom zaserwowano zderzenie podobnych stylów, zbliżonych umiejętności i  przepiękny serv'n'volleyowy tenis. Spotkanie zacięte, długimi fragmentami porywające, jednak trudno było mieć wątpliwości co do tego jak to się  wszystko skończy. Na korcie było widać wyraźnie który z grających to mistrz Wimbledonu, a który to tylko wieczny pretendent. Dawało się odczuć, i to  bez zaglądania w statystyki, który z grających z wielkim mistrzem tamtych czasów Petem Samprasem, wygrywał, a któremu udało się raz wygrać. Murray w turnieju wielkiego szlema zwyciężył to fakt, a czy powtórzy ten sukces pozostanie odrębnym pytaniem. Uwagę zwraca to, że potrzebował aż 5 prób by oswoić się z ciężarem gatunkowym meczu finałowego w turnieju wielkoszlemowym. Djokovic zgarnął  swój pierwszy triumf już za drugim razem, przy czym warto zaznaczyć, że w pierwszym podejściu za rywala miał na Federera w peaku swojej kariery. Australian Open 2013 było jego szóstym wielkoszlemowym tytułem i nie jest raczej pytaniem czy to już ostatni...

wtorek, 19 lutego 2013

Dyscyplina doskonała

Nie wiem jak Was, ale mnie przechodzą ciężkie dreszcze, albo używając słów mojego ulubionego komentatora tenisowego, Karola Stopy, skóra mi cierpnie, gdy słyszę o próbach manipulowania przy przepisach gry w tenisa i systemie liczenia punktów. Wiadomo, zmiany napędzają postęp, dają poczucie świeżości,  no i od punktu zmiany można mówić o nowej epoce, podkreślać, że coś stało się przed zmianą lub też po niej. Ostatnią dobrą modyfikacją jaką sobie przypominam to likwidacja przerwy po pierwszym gemie i obligatoryjna przerwa po secie, bez względu na wynik. To była dobra zmiana, porządkująca organizację gry, choć z samą rozgrywką nie miała jednak nic wspólnego. Poza tym były tylko projekty zmian, które szczęśliwie lądowały w koszu.

Ostatnia duża rewolucja

czwartek, 14 lutego 2013

Hebel kompletny

Winien relację z dolnośląskich, sobotnich wyczynów tenisowych na poziomie Amatorskiego Tenisa Polskiego, czyli ATP Babolat Tour, uprzejmie relacjonuję. Poza miłą atmosferą i naprawdę fajnym klubem tenisowym C.T. Redeco, dobrego o swoim występie mogę powiedzieć tylko tyle, że czułem, iż stać mnie na więcej. Dużo więcej. Tennis is a mind game, jak pisałem kilka tygodni temu. Teraz wiem dodatkowo, że hebel to narzędzie, które należy trzymać z dala od rakiet tenisowych, najlepiej w drugim pokoju.

Ciężko w to uwierzyć, ale chwila zapisania się na ten turniej

piątek, 8 lutego 2013

ATP we Wrocławiu - tennis not for everyone

No i stało się. Dobra forma ostatnich tygodni poszukała okazji sama i w sobotę podbijam stolicę Dolnego Śląska, na sponsorowanym przez Babolata turnieju ATP kategorii drugiej. Mam tylko nadzieję, że nie dadzą o sobie znać normalne u mnie turniejowe nerwy, bo turniej to jednak nie liga. Jest kilka spotkań do rozegrania, a porażka oznacza to, co każdej drabince turniejowej jest najpiękniejsze. To jest sport naprawdę dla odpornych, bo na przykład, nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale w wielkim szlemie 127 zawodników jedzie do domu po przegranym meczu. Słownie studwudziestusiedmiu przegrywa swój ostatni mecz turnieju  i możliwość rehabilitacji przed tą sama publicznością otrzymuje dopiero rok później.

A tak kompletnie już zbaczając z tematu

czwartek, 7 lutego 2013

Błąd linii środkowej

Miałem ostatnio bardzo ciekawego przeciwnika w meczu ligi tenisowej. Ciekawego z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że był obdarzony ambicją w stylu prawnika-indywidualisty, niemalże japiszona, taki typ z bardzo silnie zaciśniętymi ustami, szczególnie w kluczowych momentach. Po drugie, niczym pirat drogowy, notorycznie łamał przepisy gry. Jego problem polegał na tym, że serwując na stronę backhandową, za mocno wyrzucał piłkę do boku, po czym "goniąc" za nią popełniał rzadko wywoływany na poziomie pro błąd linii środkowej, polegający na przekroczeniu osi podłużnej kortu i wykonanie podania de facto na wprost zamiast po przekątnej. Jako odbierający byłem w niezłym szoku, bo piłka nadlatywała nad karo serwisowe pod nieznanym mi wcześniej kątem.