czwartek, 14 lutego 2013

Hebel kompletny

Winien relację z dolnośląskich, sobotnich wyczynów tenisowych na poziomie Amatorskiego Tenisa Polskiego, czyli ATP Babolat Tour, uprzejmie relacjonuję. Poza miłą atmosferą i naprawdę fajnym klubem tenisowym C.T. Redeco, dobrego o swoim występie mogę powiedzieć tylko tyle, że czułem, iż stać mnie na więcej. Dużo więcej. Tennis is a mind game, jak pisałem kilka tygodni temu. Teraz wiem dodatkowo, że hebel to narzędzie, które należy trzymać z dala od rakiet tenisowych, najlepiej w drugim pokoju.

Ciężko w to uwierzyć, ale chwila zapisania się na ten turniej

wtorek, 12 lutego 2013

Female population after midnight

Nieszczęśliwe, zagubione, znudzone. Takie określenia przychodziły mi do głowy gdy w ostatnią sobotę obserwowałem kobiety w jednym z ważniejszych poznańskich klubów. Miejsce bardziej mainstreamowe niż offowe, gdzie raczej mało jest miejsca na hipsterstwo, bolesną oryginalność i czy wszelkie inne powiewy ASP (w szatni brak miejsca na te gigantyczne teczki z pracami, może dlatego nie przychodzą :) ). Co zawsze było charakterystyczne dla Blue Berry Baru, bo o nim mowa, to kobiety ubrane naprawdę z rozmachem, ale i z pomysłem, złośliwi mawiają nawet, że jak w sylwestra. Dobrze doinwestowane buty, torebki, fryzury i inne akcesoria, których pojedynczo nie ogarniam, ale na pewno stanowiące ważne elementy całości.

W ostatnią sobotę postanowiłem wyluzować trochę z tym samczym zachwytem i

piątek, 8 lutego 2013

ATP we Wrocławiu - tennis not for everyone

No i stało się. Dobra forma ostatnich tygodni poszukała okazji sama i w sobotę podbijam stolicę Dolnego Śląska, na sponsorowanym przez Babolata turnieju ATP kategorii drugiej. Mam tylko nadzieję, że nie dadzą o sobie znać normalne u mnie turniejowe nerwy, bo turniej to jednak nie liga. Jest kilka spotkań do rozegrania, a porażka oznacza to, co każdej drabince turniejowej jest najpiękniejsze. To jest sport naprawdę dla odpornych, bo na przykład, nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale w wielkim szlemie 127 zawodników jedzie do domu po przegranym meczu. Słownie studwudziestusiedmiu przegrywa swój ostatni mecz turnieju  i możliwość rehabilitacji przed tą sama publicznością otrzymuje dopiero rok później.

A tak kompletnie już zbaczając z tematu

kotwica i wślizg

Wiecie czym jest Pozycja barowa "na kotwicę"? To taka technika użytkowa, stosowania głównie w kilku pierwszych godzinach doby, niosąca ze sobą wiele zalet, również bezpieczeństwa. Nie rozpisując się długo, komukiedykowiek zdarzyło się powiedzieć sobie "damn, te ostatnie 8 shotów wczoraj - koplentnie niepotrzebnie", wie jak to zrobić aby nie upaść gdy noc u szczytu, a elementu baśniowego w żyłach krąży już nadmiar. Na parkiecie apogeum, my dobrze zainstalowani w barowym obserwatorium, doceniamy solidność konstrukcji dzielącej nas od półek z alkoholowym menu i przestrzeni zarezerwowanej wyłącznie dla barmanów, przelewających cały ten asortyment z butelek do szklanek. Jeden z butów wykorzystuje obowiązkowy w wyższym segmencie barów podnóżek (bary bez podnóżka koszmarem kazdego pijaka), ręka zaś w podchwycie uczepiona lady, kotwiczy nieprzewidywalne już w tym stadium ciało. I've been there pomyślicie pewnie.

Jednak najciekawsze wydaje się rozwinięcie pozycji "na kotwicę" - obserwowane w sytuacji wymagającej interakcji w płcią przeciwną. Załóżmy, że najpiękniejsze i najbardziej emocjonujące godziny nocy, zastaną nas w towarzystwie budzącej wyższe niż przeciętne zainteresowanie jakiejś niewiasty. Na ladzie rzecz jasna kilka pustych kieliszków, po oczywiście wspólnie wypitych szotach, do połowy odpita wódka z redbullem i coś tam jeszcze chcecie, proszę sobie ładnie oczami wyobraźni domalować. Dmuchnąłem trochę optymizmem, żeby nie wyszło, że "kotwica" musi oznaczać totalną porażką danej nocy, i niech raczej pozostanie konsekwencją, nazwijmy to "szczęścia pochłoniętego w formie ciekłej bez zapoznania się ulotką". Przy tak dobrze już zastawionej ladzie, zakotwiczony facet barze rozpoczyna flirt ( Postanowiłem opisać to ze zwrotem facet, bo panie jednak rzadziej, i chwiała Bogu, znajdują się w stanie zmuszającym do stosowania, technik stabilizujących). Wybranka stoi zaś w odległości umożliwiającej kontakt wzrokowy, ale konwersację już niekoniecznie - wiadomo, klub, beat i te cholerne niskie tony. Akcja zaczyna się, gdy konieczne jest przysunięcie głowy w kierunku, mówiąc nieładnie, celu. Aby nie stracić balansu  uzyskanemu dzięki prawidłowemu, zgodnemu ze sztuką żeglarską, rzuceniu kotwicy, wykonywany jest wówczas ten zadziwiający wślizg po ladzie barowej - nogi zostają w miejscu, pracuje tylko góra. Głowa trafia tam, skąd może bez znaczących zakłóceń nadawać. Zbliżenie z każdą chwilą pogłębia się, gdy faktycznie rozmowa zaczyna dokądś zmierzać (you know what I mean), to i partnerka przemierzy kilka metrów bieżących lady (wygląda jak tańczenie wolnego w podstawówce) by choć co któryś nie musieć uśmiechać się w ciemno. To chyba najciekawszy właśnie moment, bo gdy taki wślizg wykonują obie strony rozmowy wygląda to podwójnie osobliwie, bo trudno nie zauważyć podobieństwa do dwóch długoszyich stworów, których anatomia doskonale wspiera umizgi w tej skomplikowanej technicznie sytuacji. Działa? Działa! A że nie wygląda jak na filmie, to naturalne i tylko nasza wina, że byśmy chcieli żeby tak wyglądało.

Z resztą, im godzina późniejsza tym szyja dłuższa (a gardło głębsze), a polegiwanie na ladzie barowej tym bezpieczniejsze. U Woody Allena to się nazywa "whatever works", mama powiedziałaby "nie stój tak przy dziewczynie, nie wypada", a jak wiadomo, nadmiar kultury nie zawsze jest kluczem do sukcesu, ewentualnie na sukces każe czekać dłużej niż przyzwoicie. A akcja, która zainspirowała mnie do opisania tego kuriozum, zakończyła się z resztą sukcesem i odzyskaniem przeze mnie wiary w moc naturalnego zachowania.

czwartek, 7 lutego 2013

Błąd linii środkowej

Miałem ostatnio bardzo ciekawego przeciwnika w meczu ligi tenisowej. Ciekawego z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że był obdarzony ambicją w stylu prawnika-indywidualisty, niemalże japiszona, taki typ z bardzo silnie zaciśniętymi ustami, szczególnie w kluczowych momentach. Po drugie, niczym pirat drogowy, notorycznie łamał przepisy gry. Jego problem polegał na tym, że serwując na stronę backhandową, za mocno wyrzucał piłkę do boku, po czym "goniąc" za nią popełniał rzadko wywoływany na poziomie pro błąd linii środkowej, polegający na przekroczeniu osi podłużnej kortu i wykonanie podania de facto na wprost zamiast po przekątnej. Jako odbierający byłem w niezłym szoku, bo piłka nadlatywała nad karo serwisowe pod nieznanym mi wcześniej kątem.